Get Adobe Flash player

Szukaj na stronie:

W tej chwili na stronie

Naszą witrynę przegląda teraz 17 gości 

Na naszej stronie:

Jak ujęto Wiktorasa Galwanauskasa?

Artykuł prawdopodobnie z Gazety Olsztyńskiej z lat 1970-1973, znaleziony w domowym archiwum.

JAK ujęto Wiktorasa Galwanauskasa, członka wileńskiego Sonderkommando
, którego proces zakończył się właśnie przed Sądem Wojewódzkim w Olsztynie?
Pytanie to zadają nie tylko ci, którzy codziennie wypełniali największą salę rozpraw, przysłuchując się wyjaśnieniom oskarżonego, zeznaniom świadków. To pytanie zadaje każdy z nas; w każdej bowiem polskiej rodzinie pozostawiła do dziś swe ślady wojna, okupacja. Dla nas wszystkich hasło „Zbrodnie hitlerowskie nie mogą ujść bezkarnie" ma najgłębsze treści. Nie mogą ujść bezkarnie zbrodnie hitlerowców, a także ich popleczników, członków wileńskiego „oddziału specjalnego", którzy przez 3 lata niemal codziennie w ponarskim lesie strzelali do bezbronnych ludzi. Pytają więc nie tylko byli mieszkańcy Wilna, którzy własnymi oczyma oglądali długie kolumny ciągnące na miejsce kaźni w Ponarach; którzy stracili tam swych najbliższych. Pytają wszyscy.
Na postawione na wstępie pytanie odpowiada oficer Wydziału Śledczego Służby Bezpieczeństwa KW MO w Olsztynie, porucznik mgr M. K. Rozpoczyna od okresu, gdy , Sonderkommando, specjalny oddział Ekspozytury Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa (SD) w Wilnie, którego funkcjonariuszem był również Wiktoras Galwanauskas, opuścił Wilno, uciekając przed nadciągającą Armią Radziecką do Kowna  tam też dokonał mordów w IX Forcie  a następnie do Stutthofu, gdzie uczestniczył w ewakuacji 500 kobiet narodowości żydowskiej z tego słynnego obozu.

Armia Radziecka wkroczyła do Wilna pod koniec lipca 1944 roku. Już w sierpniu rozpoczęła się w konarach ekshumacja zwłok hitlerowskich ofiar. W tym czasie w ręce radzieckich władz bezpieczeństwa wpadły dokumenty z nazwiskami członków Sonderkommando. Nie miały one charakteru oficjalnego hitlerowcy zniszczyli archiwa niemniej wartość ich była ogromna... Porucznik M. K. charakteryzuje te dokumenty. Pierwszy  to złożona w tartaku „Lista członków Sonderkommando, którzy chcą zakupić drzewo" sporządzona w języku litewskim, pochodząca z lipca 1941 roku, a na niej prawie 50 nazwisk. Drugi  z 1942 roku też wykaz z nazwiskami  dotyczący spraw gospodarczych. Wreszcie trzeci, podobny, z 1944 roku, w języku niemieckim. Na listach  stopnie, imiona, nazwiska, stan rodzinny, adresy, pieczątki, podpisy. I na wszystkich te   same  nazwiska,   wśród   nich Galwanauskasa.
Gdzie są, co robią? Z miejsca zaczęto poszukiwania. Okazało się, że około 30 byłych funkcjonariuszy Sonderkommando " przebywało na terenie Litewskiej SRR. Sześciu lub siedmiu wyróżniających się w czasie egzekucji sadyzmem, szczególnym okrucieństwem, zwyrodnialstwem, skazano na karę śmierci, inni otrzymali kary długoletniego pozbawienia wolności. Trwały poszukiwania tych, którzy uszli przed karzącą ręką sprawiedliwości, czas nie odgrywał tu roli, te zbrodnie nie ulegają przedawnieniu. Wiadomo było, że niektórzy ukrywają się na terenie Polski. Należało przypuszczać, że jest tu i Galwanauskas, jego ujęci kamraci stwierdzili, że rozstali się z nim w okolicach Ustki. Tam to bowiem dotarł w ostatnich dniach wojny. oddział Sonderkommando uciekając coraz dalej i dalej przed Armią Radziecką. Hitlerowscy mocodawcy chcieli go użyć do walk  frontowych, w chwili agonii III Rzeszy liczył się każdy człowiek i każdy karabin. Oprawcy z Ponar odmówili, bo bali się śmierci. Ich „zasługi" oceniano tak wysoko, że odmowa nie pociągnęła konsekwencji, tyle tylko, że oddział rozbrojono. Jego członkowie wtedy się rozpierzchli. Komitet Bezpieczeństwa Państwowego przy Radzie Ministrów Litewskie] SRR poinformował Biuro Śledcze MSW w Warszawie o przypuszczalnym pobycie Galwanauskasa w Polsce. Biuro to przystąpiło do ustalenia, czy przebywa rzeczywiście  i gdzie przebywa. Żmudną tę działalność prowadziły śledcze służby bezpieczeństwa we wszystkich województwach. Zadaniem ich było wytypowanie osób odpowiadających określonym kryteriom: chodziło o wiek, zawód, budowę ciała, pochodzenie i inne dane, na podstawie których można by byjo zidentyfikować Galwanauskasa. Zdawano sobie sprawę z tego, że posługuje się on innym nazwiskiem, że zatarł prawdopodobnie swe związki z Wilnem, że mógł zmienić zawód.   Ale   pozostawał  wiek,  wzrost  i pewne charakterystyczne cechy, których pozbyć się nie był w stanie.
Porucznik M. K. Takie zadanie otrzymaliśmy w 1975 roku i my, w Olsztynie...

Tu trzeba znów cofnąć się w przeszłość. Poszukiwania członków Sonderkommanda trwały, jak już wiemy, od chwili wyzwolenia Wilna. O tym, że Galwanauskas " przez przeszło 30 lat mógł czuć się bezpiecznie, zadecydował fakt, że w 1949 roku uznano go w Gdańsku za zmarłego. Z takim wnioskiem wystąpiła pierwsza jego żona, która w 1946 roku repatriowała się do Polski, a nie mając od niego wiadomości, pragnęła na nowo ułożyć sobie życie. Nie było jednak konkretnych dowodów jego śmierci i w latach 1963 -1970 poszukiwania znów przybrały na sile, ogłoszono nawet w tym okresie list gończy.  Ale w 1971 roku prowadząca śledztwo Prokuratura Wojewódzka dla województwa warszawskiego je umorzyła, przyjmując, że Galwanauskas nie żyje.
Porucznik M. K.:  Nit znaczy to jednak, że tym samym ustały też nasze czynności operacyjne...
Wróćmy do 1975 roku, kiedy to znów podjęto wzmożone działania. Szukaliśmy człowieka mającego około 63 lat, o określonym kolorze oczu, charakterystycznym - nosie, wąskich ustach, mechanika taki bowiem zawód zdobył Galwanauskas przed wojną. Nasza wytrwałość i dociekliwość przyniosła wreszcie wyniki, natrafiliśmy na ślad człowieka, który odpowiadał wszystkim kryteriom. Był nim Witold Gilwiński, mechanik, narzędziowy, w Ośrodku Transportu Leśnego w Olsztynku. Zgadzał się rok urodzenia, choć dzień i miesiąc był inny. Jako miejsce urodzenia podawał Wilno. Te same były imiona rodziców, podobnie brzmiało nazwisko panieńskie matki. Oczywiście mógł być to przypadek, należało więc wziąć pod uwagę i inne okoliczności. W Olsztynku osiedlił się w 1952 roku, w trzy lata później wyrobił sobie akt urodzenia. Co robił przedtem? Życiorys był niepełny, dane bardzo ogólne: walczył w czasie kampanii wrześniowej, dostał się do niewoli, potem był na przymusowych robotach w Hamburgu, po wyzwoleniu pracował w Krośnie Odrzańskim. Ktoś inny z taką przeszłością byłby na pewno członkiem ZBoWiD, on pozostawał poza wszelkimi organizacjami. Ktoś inny na pewno odwiedziłby Wilno  miejsce urodzenia i przedwojennego pobytu, on nie był tam po wojnie, choć gościł na Białorusi. Cieszył się również doskonałą opinią: dobry pracownik, dobry sąsiad, spokojny, uczynny. Robił więc wszystko, by nie „podpaść", by się nikomu nie narazić...
Dysponowaliśmy grupowym zdjęciem członków Sonderkommando; uzyskaliśmy też zdjęcia Galwanauskasa z różnych okresów po wojnie. Porównaliśmy  i nie mieliśmy wątpliwości. Ten sam był też podpis: składany na znalezionych w Wilnie listach i obecny. Nazwisko wprawdzie inne, ale kształt liter się nie zmienił, zwłaszcza litery G...
 
Ten ostatni etap poszukiwań o którym mowa, rozpoczął się latem 1978 roku, zaś w październiku Wydział Śledczy Służby Bezpieczeństwa w Olsztynie mógł stwierdzić: to ten człowiek. Trzeba było teraz zgromadzić obciążające go materiały. Uzyskano je do marca 1976 roku. Nie były one jeszcze wystarczającą podstawą do zatrzymania Galwanauskasa, ale wystarczyły do wszczęcia śledztwa, co uczyniła Prokuratura Wojewódzka w Olsztynie 5 marca ubiegłego roku. Z uzyskanych materiałów wynikała bezspornie jego wina, jednak odpisy, kserokopie, wyciągi z innych śledztw nie były dowodami w sensie prawnym. Trzeba je było  jak mówi por. M. K.  „uformować". I tu zaczynały się nowe zadania. Przesłuchanie świadków mieszkających w Litewskiej SRR — członków Sonderkommando, którzy, notabene, odcierpieli już karę. Uczyniono to w drodze pomocy prawnej, którą świadczą sobie wzajemnie  w ramach zawartej umowy Polska i ZSRR. Prokuratura Generalna PRL skierowała też do prokuratora generalnego Litewskiej SRR karty rozpoznawcze ze zdjęciami Galwanauskasa z różnych okresów. Część świadków go rozpoznała, nie miała też wątpliwości mieszkająca pod Wilnem jego siostra:  Toż to brat, ale on nie żyje, bo się nie odzywał...
Wszystkie te czynności były nie tyle pracowite, ile czasochłonne  mówi por. M. K.  Udało się je przyśpieszyć dzięki zaangażowaniu Biura Śledczego MSW oraz organów bezpieczeństwa Litewskiej SRR. Równocześnie przeprowadziliśmy przesłuchania świadków w kraju. Byli nimi ujęci już w różnych województwach i skazani na długoletnie kary pozbawienia wolności członkowie , Sonderkommando — Władysław Butkun, Jan Borkow-ski, Józef Miakisz. I dawni wilnianie, którzy widzieli prowadzone na miejsce kaźni długie kolumny ludzi; mieszkańcy Ponar obserwujący egzekucje z okien swych domów...
Po zebraniu dowodów, nadzorująca śledztwo Prokuratura Wojewódzka w Olsztynie sporządziła akt oskarżenia. W sierpniu 1976 zatrzymano Wiktorasa Galwanauskasa.
Było to przypadkowo w dniu jego urodzin, tych fikcyjnych. Pracował w ogródku. Nit wydawał się zdziwiony, potem w śledztwie powiedział, że spodziewał się takiej chwili... Przeprowawadzona w jego mieszkaniu rewizja (por. M. K. mówi przeszukanie) nie ujawniła nic, co świadczyłoby o jego przeszłości. Żadnych zdjęć, żadnych pamiątek.
Za to dużo dyplomów i miejsca pracy...

W Prokuraturze Wojewódzkiej w Olsztynie przedstawiono Galwanauskasowi zarzut. Brzmiał on następująco:  
Od lipca 1941 do lipca 1944 roku w Ponarach k/Wilna i innych miejscowościach okupowanej Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, idąc na rękę władzy państwa niemieckiego, jako funkcjonariusz oddziału specjalnego  Sonderkommando  ekspozytury Policji Bezpieczeństwa i SD w Wilnie, zorganizowanego przez władzę okupanta niemieckiego w celu likwidacji ludności cywilnej  różnych narodowości oraz radzieckich jeńców wojennych, brał udział w dokonywaniu masowych zabójstw.
Odpowiedział, że nie jest Galwanaus-kasem i z Sonderkommando nie ma nic wspólnego. Ale już podczas następnego przesłuchania prowadzonego przez por. M. K. załamał się pod ciężarem dowodów:  No, to ja powiem  prawdę, Galwanauskas to ja. Ale nic nie robiłem, pełniłem tylko wartę...

Trwało nieco, nim przyznał się do zastrzelenia siedmiu starszych mężczyzn narodowości żydowskiej. W kolejnych przesłuchaniach podnosił liczbę ofiar: najpierw do 50, potem stopniowo do 300  mężczyzn, kobiet i dzieci. Mówił o tym, jak wstąpił do oddziału, o tym, jak strzelał w ponarskim lesie do swych ofiar ustawianych w głębokich dołach lub nad dołami... Wyjaśnienia złożone w śledztwie podtrzymał w całości na rozprawie sądowej. Przebieg rozprawy relacjonowaliśmy kilkakrotnie. Wyrok już znamy.
W ujęciu Galwanauskasa nie ma  wbrew być może przypuszczeniom  barwnych epizodów, nieprawdopodobnych i dramatycznych sytuacji. Była za to nieprzerwana, nieustanna praca olsztyńskiej Służby Bezpieczeństwa; praca mrówcza, dociekliwa, w wyniku której domniemania i przypuszczenia otrzymywały realne kształty, a jedna z postaci na grupowym zdjęciu członków Sonderkommando nabierała wyrazu, uzyskując wreszcie imię i nazwisko: Wiktoras Galwanauskas  Witold Gilwiński. Od początku aż do jej zakończenia sprawą Galwanauskasa zajmował się por. M. K. Niewiele mówił nam o swym wkładzie pracy, powie, dział natomiast o czymś innym. Na temat zbrodni w Ponarach ukazało się sporo publikacji, pamięć ponad 100.000 ofiar uczczono tam pomnikiem. Ale warto i należy też uczcić pośmiertnym odznaczeniem  pamięć człowieka, który niemal codziennie na miejscu, w Ponarach, pod groźbą kary śmierci, czynił zapiski dające obraz kaźni, a który też zginął w 1944 roku  dziennikarza Kazimierza Sakowicza. Jego pamiętnik, odnaleziony po wojnie, którego odbitka znalazła się w aktach sprawy, jest dziś nie tylko wstrząsającym świadectwem mordów Sonderkommando  dokonywanych na luidziach w różnym wieku i różnych narodowości, wstrząsającym świadectwem morderstw dzieci. Pamiętnik ten jest również dowodem zbrodni członków Son. derkommando, w tym  Wiktorasa Galwanauskasa.

Autor:  Zofia DUDZIŃSKA
Gazeta Olsztyńska


Szaulis Galwanauskas vel Wiktor Gilwiński, który miał na sumieniu trzy tysiące ofiar. Odsiedział cały swój wyrok w Barczewie. Zmarł w Olsztynku, zaledwie pół roku po wyjściu na wolność. 

Artykuł archiwalny. Autor Zofia DUDZIŃSKAArtykuł archiwalny. Autor Zofia DUDZIŃSKA

 

Komentarze  

 
#1 ireneusz 2013-02-12 16:18
moja babcia, HELENA GAJDULEWICZ śp.,była kiedyś naocznym świadkiem, jak ulicami Wilna prowadzili na ponary naziści, ludność narodowości żydowskiej na miejsce każni,pamiętam to z opowieści w domu rodzinnym w Bolesławcu, w pamięci mojej utkwiły mi słowa mojej babci, cytuję- "uj, czego płaczesz, dzisiaj my, jutro wy"
Zgłoś administratorowi
 

Dodaj komentarz

Komentarze, które są tutaj publikowane, są prywatnymi opiniami komentujących! Administrator strony nie ponosi odpowiedzialności za treści tych opinii. Jednocześnie:
Komentarze nie odnoszące się do tematu lub zawierające tylko i wyłącznie reklamę innych stron będą usuwane.
Komentarze o charakterze wulgarnym i mającym na celu obrażanie innych nie będą publikowane i zostaną usunięte.
Wpisany przez komentującego adres e-mail nie będzie publikowany i wykorzystywany w celach marketingowych.

Kod antyspamowy
Odśwież