Get Adobe Flash player

Szukaj na stronie:

W tej chwili na stronie

Naszą witrynę przegląda teraz 81 gości 

Na naszej stronie:

Pamięci Heleny Pasierbskiej założycielce Stowarzyszenia "Rodzina Ponarska" w drugą rocznicę śmierci.

altFragmenty niepublikowanej książki  Heleny Pasierbskiej pt.  "Wileńskie wspomnienia z lat wojny"

... Aresztowanie. Noc w gestapo.

       Był to wieczór napięcia i grozy.  12 maja 1942 r. po godzinie policyjnej, a więc po 22-giej na przedmieściu Wilna, zwanym Markucie przy ulicy o wdzięcznej nazwie Majowa pod nr 8 dały się słyszeć męskie energiczne kroki, zmierzające na piętro, gdzie mieszkał właściciel domu. Instyktownie wyczułam, że to gestapo po mnie i że najpierw udało się na górę, aby sprawdzić w książce meldunkowej moje zameldowanie.
       Za chwilę gromkie stukanie do drzwi potwierdziło moje domysły. Otworzyła wystraszona matka, z którą zajmowałam to skromne mieszkanko. Wkroczyło trzech mężczyzn, jeden z nich bezbłędnie mówił po polsku, pozostali po litewsku. Zaczęła sie rewizja, podczas której padła ofiarą cenna książka S. Kisielewskiego "Ziemia gromadzi prochy" podówczas na indeksie. Pożyczyłam ją parę dni wcześniej. Teraz trafiła w ręce tych, co palili książki, a mogła przecież krążyć dalej dla  pokrzepienia ducha.
...   Jeden z gestapowców, ten mówiący po polsku, przeglądał moje albumy z fotografiami. Pokazywał mi znajomych i kolegów gimnazjalnych, wymieniając ich nazwiska. Byłam przerażona - skąd ich zna? Czy może już siedzą w więzieniu?
      


Jak okazało się później był to Jerzy Orłowski, konfident najpierw NKWD, następnie litewskiej Saugumy, mający na swym koncie wielu aresztowanych i wywiezionych Polaków, za co z wyroku Sądu Specjalnego Rzeczypospolitej Polskiej został zastrzelony. Łatwość denuncjowania miał z tego powodu, że stale mieszkał w Wilnie, uczęszczał do polskich szkół, między innymi do gimnazjum oo. jezuitów. Był to typ zwyrodnialca, odznaczającego się wyrafinowanym okrucieństwem w prowadzeniu śledztw.

...  Łukiszki
      
     alt  Rankiem 13 maja 1942 r. przed gromadą kobiet w różnym wieku, przyprowadzonych z pobliskiego gmachu gestapo przy ul.Ofiarnej otworzyła się szeroko brama więzienia, zwanego Łukiszkami. Nazwa wywodzi się od imienia jednego z ewangelistów - Łukasza, pod którego wezwaniem była cerkiew, przylegająca  pierwotnie do murów więziennych wzniesionych za caratu. Później zabudowano także część świątyni dla celów izolacyjnych niepożądanych mieszkańców miasta, część zaś pozostawiono jako kaplicę.

       Po przejściu ponurego dziedzińca wprowadzono kobiety, wśród których znajdowałam się, na piętro, gdzie parokrotnie otwierano i zamykano z brzękiem kluczy żelazne wrota przegradzające korytarze. Znalazłyśmy się w dużej celi, pozostawione same sobie na całą noc. Nie było żadnych pryczy, ani urządzeń - gołe ściany i betonowa posadzka.

       Nazajutrz już od wczesnego ranka wprowadzono nas w tryb normalnych mieszkanek tego molocha, który wszystkich chętnie połykał, ale tylko poniektórych wypuszczał ze swej paszczy. Najpierw strażniczka - Litwinka popędziła nas, bo tak należy określić sposób odnoszenia się - do łaźni.
...    Po wyjściu z łaźni ... powędrowałyśmy do magazynu. Tam wyposażono nas w drewniaki zwane w Wilnie "kłumpiami", koc, do którego złożyłyśmy resztę więziennego przydziału, a więc prześcieradło, czyli szarą podłużną szmatę, poduszkę, czyli woreczek za zmielonym na sieczkę sianem, takiż siennik, menażkę, łyżkę i kubek. Kazano nam pozostawić w depozycie pantofle oraz wszelkie przedmioty zakazane, jak ołówek, pióro, ewentualny papier, igłę, scyzoryk itp. Oczywiście dokumenty i pieniądze, jeśli ktoś takowe posiadał. ....
    ... W celi zastałam wyborowe towarzystwo. Była tam między innymi p.doc. Wanda Rewieńska-Pawełek z Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego Geografii Fizycznej USB. Pani Janina Adolphówna - germanistka i filozof z Gimnazjum Czartoryskiego w Wilnie. Jadwiga Roszkowska - pedagog i znana działaczka społeczna.
Pani Aramowiczowa - ziemianka z Wileńszczyzny. Zofia Mazurkiewiczowa - żona oficera Wojska Polskiego. Maria Rynkiewiczówna - nauczycielka, współpracowniczka Legalizacji - ważnej komórki AK. Kilka młodych harcerek : Wanda Barankiewiczówna, Halina dziewczyna nazwana w celi "Jurkiem" ze względu na krótko przystrzyżone włosy. W sumie 21 osób.


      
Jak wyglądał dzień na Łukiszkach? Kontakty z współwięźniami.

O 6-tej rano pobudka. Dyżurująca na korytarzu strażniczka uderzała kluczami w drzwi, wołając po litewsku:"wstawać". Szybko, bardzo szybko zrywałyśmy się, by ubrać się i posprzątać, ponieważ zaraz odbywał się apel. Gdy słyszałyśmy brzęk kluczy przy naszych drzwiach musiałyśmy stać na baczność w szeregu, a strażnik w towarzystwie swej koleżanki liczył nas palcem. Czasem pomylił się, więc od nowa.  Za chwilę wtaczał się kocioł z kawą, tj. gorącą wodą lekko zabarwioną zbożową kawą. Rozdzielano "pajki" chleba na cały dzień.

       Po śniadaniu prowadzono nas na "roszę" czyli do ubikacji. Na czele pochodu szły kobiety, niosące za ucha "paraszę" - kubeł na nieczystości, za nimi rzędem reszta. Chodziło o rozciągnięcie tego pochodu, tak aby pierwsze osoby znajdowały sie za załamaniem korytarza, podczas gdy strażniczka, idąca na końcu, miała jeszcze do niego możliwie daleko. Wtedy to pierwsze wsuwały pod drzwi mijanych cel karteczki, tzw. "grypsy" dla koleżanek, oczekujących na ten moment po drugiej stronie drzwi. "Rosza" z kilkunastoma stanowiskami też była wielką atrakcją. Nie było z nami strażniczki, która nie chciała przecież przebywać w smrodzie fekalii. Mogłyśmy więc przez okno, tutaj normalne tylko z kratami, porozumieć się z księżmi ze zgromadzenia oo. karmelitów przy Ostrej Bramie, siedzącymi w tym czasie w budynku vis a vis z takim samym oknem. Alfabetem więziennym ręcznym przekazywałyśmy palcami zasłyszane informacje. Zazwyczaj odbiorcą był o.Seweryn (Teofil Walczak po wojnie przebywający najpierw we Wrocławiu, w wieku zaś emerytalnym w Sopocie, administrując mały budyneczek mieszkalny, przy ul.Głowackiego 3).  O.Seweryn o niezmiennie promiennym obliczu pojawiał sie błyskawicznie.W sposób szczególny utkwil mi w pamieci, kiedy pewnej niedzieli
pokazywał jak mu serce boli, a także wszystkich z nim siedzących, ponieważ słyszą dzwony w kościołach wzywające na poranne nabożeństwa. Karmelici, jak  i wszyscy inni księża oraz zakonnicy z wileńskich klasztorów siedzieli na Łukiszkach od marca do października 1942 r. Nastepnie wywieziono ich do obozów na  Litwie: Poniewieżyk, Prawieniszek, Szałtupi, gdzie pozostali do lipca 1944 r., tj. do przyjścia wojsk radzieckich.Obozy te nosiły nazwę "Internierungslager".
Okupantom: Niemcom i Litwinom chodziło o wyizolowanie duchowieństwa ze społeczności polskiej, wśród której i tak kwitła działalność konspiracyjna.

       Po powrocie z "roszy" miałyśmy trochę czasu, aby umyć się w przyniesionej zimnej wodzie. A że nie było jej w wystarczającej ilości zatem myłyśmy się jedna po drugiej w tej samej, musiało przecież wystarczyć na pranie.
I oto z trzaskiem otwierają się drzwi i strażniczka oznajmia głośno wyjście na spacer. W studni, zwanej podwórzem cieszyło każde źdźbło trawy, a nade wszystko dalekie niebo nad głowami. Nigdy później nie spoglądałam do góry z takim upodobaniem jak wtedy. Chodziłyśmy raz dookoła i znów dookoła, później w drugą  stronę na zawołanie strażniczki. Idąca miedzy nami p. Wanda Rewieńska przyciszonym głosem tłumaczyła:" dziś są tylko cumulusy, których skład chemiczny jest  taki a taki, a kiedy zawisną nimbusy nad naszą planetą, zwaną Ziemią, to spadnie deszcz, lecz na jutro przewiduję raczej stratus." Dokładniejszy wykład z meteorologii nastepował później w celi właśnie po spacerze. Do obiadu bowiem miałyśmy zaplanowane zajęcia intelektualne.
       Pani Wanda Rewieńska, względnie p.J.Adolph czy też Hela Straszyńska prowadziły wykłady z różnych dziedzin wiedzy. Uczyłyśmy się również języków obcych od osób posiadających ich znajomość. Książek nie miałyśmy, prasy tym bardziej. Jednak o tym co aktualnie działo się wiedziałyśmy nie gorzej od tych, co byli na  wolności. Na ścianie był narysowany front walk, wtedy przebiegających  w Afryce i na Wschodzie.
        O godz. 12-tej obiad. Chochla lury, zwanej zupą i łyżka ziemniaków albo kaszy. Ratowały nas paczki. W tym czasie przyjmowane na Łukiszkach raz w tygodniu.
Tak więc na obiad wykładałyśmy wszystko, co posiadałyśmy i przy dużym wspólnym stole spożywałyśmy. Dużą frajdą był dzień, w którym strażnicy właśnie podczas obiadu roznosili paczki. Musiałyśmy mimo dużego apetytu na domowe "frykasy" jeść ostrożnie, gdyż były one często "nafaszerowane" skręconymi tak by stanowiły minimalną kulkę z papieru drobno zapisanym komunikatami. Dodatkowym źródłem informacji z zewnątrz były strzępy gazet, w które nasi bliscy celowo zawijali żywność. Strawa duchowa ważniejsza była niż względy higieny. ....
...    Po obiedzie obowiązywały dwie godziny ciszy, podczas których każda robiła, to co chciała, a zajęć było mnóstwo. Mogę stwierdzić, że w więzieniu nie miałam zbędnego czasu, tak bym nie wiedziała co z nim zrobić, nawet w ciągu owych dwóch wolnych godzin. ....
...    Po dwóch godzinach ciszy czas był przeznaczony na dyskusje nad wygłoszonym przed obiadem wykładem. Odbywały się okolicznościowe akademie w zwiazku z rocznicami państwowymi bądź datami urodzin czy śmierci wybitnych postaci. Pamiętam jak uczyłam sie zapamiętale jednego z wierszy M.Konopnickiej, podyktowanego mi przez Helę Straszyńską, ponieważ urządzony był wieczór poświęcony tej poetce.
        Poza tym niemal codziennie miałyśmy bojowe zadanie porozumiewania sie przez ściany z sąsiednimi celami przy pomocy alfabetu Morsa, a także z "dołem" tj. księżmi, siedzącymi na parterze poprzez stukanie w kaloryfer. Wymagało to całej organizacji. Aby strażniczka, siedząca na korytarzu nie usłyszała, kilka więźniarek rozmawiało głośno przy drzwiach, zasłaniając jednocześnie "judasza", inne pobrzękiwały menażkami, niby je oczyszczając. Tymczasem nasza
etatowa telegrafistka p.Wanda Rewieńska nadawała i odbierała rozmowy. Mało tego, była utrzymywana "poczta lotnicza".
        Okna naszej celi znajdowały się tuż przed narożnikiem budynku, zaś w całkiem niewielkiej odległości od niego stał mur, okalający cały kompleks więzienny.
Nie było więc w tym miejscu wieży strażniczej. Pieczę nad tym odcinkiem sprawował przechadzający się tam i z powrotem strażnik. Kiedy więc księża dopilnowali, że znikł on sprzed ich okien, natychmiast dawali nam znak umówionym sygnałem w kaloryfer. A my miałyśmy przygotowany zawczasu pakiet listów z nawiniętym nań sznurkiem, który błyskawicznie przerzucałyśmy między kratami w oknie. Oni na dole natychmiast łapali i przywiązywali swoje przesyłki, które wciągałyśmy na górę. ...
       Doszło do tego, że pewnego razu opuściłysmy menażkę z torcikiem ( jeśli tak można nazwać bułkę ubraną konfiturami) oraz pięknie narysowaną laurkę jubileuszową. Było to 26 września 1942 r. , przypadało pół roku siedzenia księży w więzieniu. Wierszyk ułożyłyśmy nastepujący:

                                      "Ciemno na dworze, dwudziesty szósty września, sobota się zaczyna
                                      Jubileuszu Ojców z dołu zbliża się godzina
                                      Pół roku im minęło jak sen jakiś złoty
                                      Lecz do siedzenia na Łukiszkach już nie mają ochoty
                                      W dniu tak uroczystym dla Nich składamy życzenia
                                      By się spełniły Ich (i nasze) wiadomo pragnienia
                                      I by swe następne jubileusze obchodzili z rozmachem
                                      Ale już w Wolnej Polsce i pod własnym dachem."


       Podpisy pod tym tekstem były nieco kpiące, bo: W.R.- szpieg mocarstw ościennych (p.Wanda Rewieńska), J.R."Kapelan" (Jadzia Roszkowska), "Jurek", Halinka, Wanda - filary organizacji wojskowej, R.M.fałszerz dokumentów (Marysia Rynkiewiczówna), Nieudana telegrafistka z 22. IX. - mgr fi-lozofii J.A.(Janina Adolphówna, Z.M.matka Wojtusia "terrorystka" (Zofia Mazurkiewiczowa) i inne. Ja podpisałam: H.S.Nr 2-tajny wywiad. Kpina polegała na tym, że podawałyśmy to, co nam
zarzucano w śledztwie, wyolbrzymiając nasze przestepstwa.
...    Jeśli idzie o program regulaminowy dnia w więzieniu, to o godzinie 6-tej wieczorem była kolacja, czyli gar czarnej kawy. Chleb przydzielony rano miał wystarczyć również na wieczór. Po kolacji apel. Już w drzwiach okrzyk strazniczki: "Ramiej" oznaczał, że wszystkie mamy stać na baczność. Wkraczało kilku mężczyzn, żeby nas policzyć. Do snu układałyśmy się gdzie kto mógł, częściowo na pryczach, częściowo na posadzce. 

Gehenna więzienna: przesłuczania, zabieranie na śmierć.

      alt Dzień, w którym zabierano kogoś z celi na przesłuchanie, nie należał do łatwych tak dla wezwanej jak i dla wszystkich pozostałych. W napięciu oczekiwało się jej powrotu, a natrętne pytania: czy wytrzyma? może załamie się, może będą bić? nie dawały spokoju. Kiedy ledwo żywa wróciła Marysia Rynkiewiczówna, ze zgrozą oglądałyśmy jej plecy posiniaczone szpicrutą.
...    Na śmierć zabierano początkowo po wieczornym apelu, kiedy ułożyłyśmy sie do snu. Toteż nasłuchiwałyśmy dłuższą chwilę odgłosów w korytarzu. Każdy brzęk kluczy, otwieranie drzwi cel, głosy Litwinów wzmagały nasze napięcie. Oczekiwałyśmy zbliżających się kroków, a kiedy nasze drzwi zostały ominięte - oddychałyśmy z ulgą.
...    Później zmieniono porę dnia zabierania pod kule szaulisów. Rano było znacznie wygodniej dla służby więziennej. Przecież każdy skazany zanim znalazł się w ciężarówce, obsadzonej gęsto policjantami, musiał zdać w magazynie rzeczy, w które był wyekwipowany na początku.

...    Docent W.Rewieńską zabrano z celi rano. 21 listopada 1942 r. strażniczka ordynarnym, chamskim głosem oznajmiła p.Wandzie: "Rewieńska ejk i kunigas", co znaczyło: Rew. idź do księdza. Te młode nieokrzesane dziewczyny z głębi Litwy ze wsi pozbawione były elementarnej znajomości odzywania się do ludzi, bo przyzwyczajone były do pokrzykiwania na bydło. Zdumiona p.Wanda zaprotestowała, że nie zgłaszała takiego akcesu. W owym czasie krążyły plotki, że kapelan więzienny Litwin współpracuje z gestapo. Ale polemika ze strażniczką nigdy nie dawała żadnego efektu, zresztą p.Wanda jej nie wszczynała. Po powrocie od księdza powiedziała nam, że dał on jej do zrozumienia, że po to została wezwana, aby zrobić obrachunek z życia. I rzeczywiście za chwilę otworzyły się drzwi i znów ta sama strażniczka w towarzystwie umundurowanego Litwina kazała zabrać rzeczy oraz opuścić celę. Powstało wśród nas poruszenie, niektóre zaczęły płakać. Pani Wanda z kamienną twarzą mówiła: "nie trzeba, tak widocznie musi być". A kiedy stanęła w drzwiach ogarniając nas wszystkie wzrokiem powiedziała twardym głosem: "Żegnajcie! Jeszcze Polska nie zginęła!" Wyszła. Uklękłyśmy głośno odmawiając "Anioł Pański". ...

      
      
       Andrzej Pasierbski - syn
       Gdańsk, 12.03.2012



Komentarze  

 
#2 Jola 2018-02-23 13:32
Jestem bratanicą sp.O.Seweryna i z ogromnym wzruszeniem przeczytałam wzmiankę o Jego zaangażowaniu w pomoc więźniom , żałuję że nigdy z Nim na ten temat nie porozmawiałam, nie zdążyłam dojrzeć mentalnie przed Jego odejściem do wieczności a i czasy nie sprzyjały takim opowieściom.Uko chany Stryj pozostał do końca uśmiechnięty, otwarty na ludzi choć nigdy nie doceniono Jego wojennej gehenny .Myślę , że Najwyższy wszystko mu wynagrodzi, bo na ziemi nie zaznał sprawiedliwości .
Zgłoś administratorowi
 
 
+2 #1 Jolanta Rybicka 2013-06-29 18:42
W maju 2006 dowiedzialam sie z ksiazki Pani Pasierbskiej o losie mojego dziadka Piotra. Od maja 1942 nie byl znany jego los. Rodzina posiadala jedynie niemiecki dokument o wyroku smierci
Zgłoś administratorowi
 

Dodaj komentarz

Komentarze, które są tutaj publikowane, są prywatnymi opiniami komentujących! Administrator strony nie ponosi odpowiedzialności za treści tych opinii. Jednocześnie:
Komentarze nie odnoszące się do tematu lub zawierające tylko i wyłącznie reklamę innych stron będą usuwane.
Komentarze o charakterze wulgarnym i mającym na celu obrażanie innych nie będą publikowane i zostaną usunięte.
Wpisany przez komentującego adres e-mail nie będzie publikowany i wykorzystywany w celach marketingowych.

Kod antyspamowy
Odśwież